Rozdział 1 Wendy
Minęła godzina 20.
Tłum fanów czekał w napięciu na początek koncertu. Reflektory na scenie oświetliły
wszystkich wykonawców. I nagle wszystko się zaczęło. Perkusje bębniły, gitary
szalenie grały, a wokalista śpiewał. Wszystko obserwowałam zza kulisów. Ops,
nie przedstawiłam się. Jestem Wendy, mam 15 lat. Posiadam anielskie skrzydła na
których potrafię latać. Dostałam od Boga misje do spełnienia. Polega na tym że
musze z ludzi wyciągać demony, coś w stylu egzorcysty. A poza tym mam długie, białe
włosy, bladą karnacje i szczupłą sylwetkę. Panicznie boję się ognia, ale za to
po prostu nie boję się zabijać, Każdy człowiek ma stracha przed mną ponieważ
kiedyś zapewniłam mojej nauczycielce za niesprawiedliwość… śmierć. Nie miałam
nigdy wyrzutów sumienia, a to zdarzenie z człowieka zmieniło mnie w potwora.
W którymś momencie
upadłam na ziemię przyciągając uwagę wszystkich tam pracujących. Podbiegła do
mnie moja szefowa (pracowałam przy koncertach jako makijażystka )
- Wendy, weź sobie dzisiaj
wolne – odparła swoim melodyjnym głosem pomagając mi wstać
- Dobrze –
odpowiedziałam
Szybko wyszłam z
małego pomieszczenia za sceną. Koncert trwał w najlepsze. Skierowałam się w
stronę polan. Tam właśnie mieściła się moja willa i ranczo konne. Szłam w
zamyśleniu kiedy coś na mnie wyskoczyło z krzaków. Spostrzegłam że jest to mój
pies, owczarek niemiecki, a wabił się Cezar. Przy jego obroży widniała kartka…
Wendy wracaj natychmiastowo na ranczo, dzieją się
tam dziwne rzeczy.
Angello
- Dobra, to trzeba
się pospieszyć – odparłam do psa, a ten odszczekną mi w odpowiedzi.
Rozłożyłam wielkie białe skrzydła i ruszyłam
szybkim lotem. Leciałam ponad chmurami żeby mnie nie zauważono. Po chwili byłam
już na miejscu. Znajdowało się tam dwoje moich przyjaciół i stado koni. Były bardzo
podenerwowane.
- Czyli mamy tu
jakiegoś dużego wroga albo nawet kilku- odparł chłopak
Kiedy popatrzyłam
się w jego zielone oczy widziałam niepokój
- Dobra Wendy, nie
gap się tak na niego bo go jeszcze zjesz – powiedziała dziewczyna
Od kilku dni jest
strasznie zazdrosna o to że dużo czasu spędzam z Angellem na przejażdżkach
konnych.
- Dobra, dobra –
odpowiedziałam
Kiedy tak się
przekomażaliśmy, ktoś niezauważalnie podszedł do mnie, i to nagłe uczucie bólu
w okolicach brzucha. Zrobiło mi się ciemno przed oczami a wołania ucichły. Była
tylko ciemność, ból i cisza. To wszystko przerwał czyjś głos. Taki znajomy ale
tak nieznajomy. Ciemność przerwała jasność i nagle spostrzegłam że leże na
polanie, a obok mnie blondyn w podobnym wieku do mnie.
- przepraszam że w
ten sposób ale nie potrafiłem inaczej – odparł
- Austin? – zapytałam
ze złami w oczach
- Tak to ja. Mam do
ciebie sprawę, kiedy będziesz gotowa to ją zrozumiesz. A więc tam gdzie się
ukrywałem smoki się buntują, a my potrzebujemy ciebie. Tak jak mówiłem jak
będziesz gotowa to mnie znajdziesz…
Nic więcej nie
usłyszałam. I nagle to światło. Obudziłam się. Leżałam na swoim łóżku. Szybko podniosłam
podkoszulek ale żadnej rany nie było. Zaklęcie leczenia działa bez mojej
wiedzy. Postanowiłam że do końca dnia zostanę w moim pokoju i będę główkować
nad sem, a potem oddam się Morfeuszowi…